Ten jedyny.

Miałam przyjaciela, następnie najlepszego przyjaciela, a później chłopaka.
I miłość. Jedną z tych pięknych, szalonych i pierwszych prawdziwych.
Tak, zostawił mnie. Tak, po czterech latach udanego związku. Tak, z dnia na dzień. Tak, w najgorszym okresie mojego życia. Tak, bez słowa wyjaśnienia.
Historia jak miliony innych.

Cieszę się, że to zrobił.

Otworzyły mi się oczy i dopiero teraz widzę jak bardzo byłam nieszczęśliwa i jak bardzo podcięte skrzydła miałam. Ustawiałam wszystko pod jedną osobę – swój czas i swoje myślenie. Gdzieś głęboko pod skórą czułam, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam powiedzieć sobie jasno co to takiego jest. Nienawidziłam ograniczeń, a ograniczałam siebie sama. Bo musiałam być najlepsza. Najchudsza, z najlepszym tyłkiem i włosami do tego tyłka, z idealną cerą i paznokciami. Najbardziej interesująca, z masą znajomych i tysiącem świetnych historii z życia. Tylko skąd je wziąć, gdy każdy moment spędzony poza domem czułam się winna, że nie poświęcam tej chwili jemu.
Trochę stłumiona byłam. Przez uważanie na każde słowo i każdy ruch.

I było mi przykro, i było mi źle, bo go kochałam, i mówił, że on mnie też.

To jednak nie był ten jedyny.

Restart

Spontaniczny wypad w góry z przyjaciółkami i czuję się świetnie. Taki restart przed początkiem roku akademickiego i trochę świeżego powietrza. Idealnie na ostatnie dni wakacji.

Mgła, wiatr i całe sześć stopni. Koszulka, dwie bluzy, kurtka i rękawiczki. Słońca brak. Ale pięknie było no. Już taki trochę jesienny ten las, cisza i spokój.

W takich momentach czuję, że to jest to i że warto. Ta intensywność to coś, czego zawsze mi brakowało. Żyję i jest mi dobrze. Ekscytująco i inaczej.

Potrzebowałam tego. Oderwać się i nie myśleć o tym, czego jeszcze nie kupiłam do nowego mieszkania i co jeszcze muszę zrobić przed wyjazdem, i co spakować. Na te kilka dni wypadło mi to kompletnie z głowy.

Nie chce nawet myśleć, że to już za tydzień. Ostatni rok i wakacje minęły mi tak szybko, że nawet nie umiem powiedzieć jak to się stało. A jeszcze niedawno siedziałam po uszy w książkach i narzekałam, że jeszcze tak daleko do matury.
Doczekałam się i mam co chciałam. Nawet jestem trochę z siebie dumna.

Odżyłam

Namieszało się i życia swojego nie ogarniam.

Bo dość intensywnie jest. A to pierwszy dzień, gdy mogę ze spokojem położyć się spać, jak cywilizowany człowiek, o jedenastej wieczorem, a nie o czwartej rano. Mam wrażenie, że czas ucieka mi przez palce i każdy dzień jest zupełnie inny od poprzedniego. Ekscytuje mnie to niesamowicie i mogę powiedzieć, że nieźle się bawię, i cieszę się życiem.

Swoją drogą nie wierzę w to, że te słowa padły na tym blogu. No po prostu nie.

Zmieniło się dosłownie wszystko. Odżyłam w stu procentach. 

Cieszę się, że jest jak jest.

Pozmieniało się wiele.

Napisałam maturę, miałam operację, człowiek, którego kochałam zostawił mnie bez słowa, odkopałam starą, ciągle aktualną przyjaźń, pracowałam, zyskałam nowych ludzi, rejestrowałam się na uczelnie, wyjechałam nad mazurskie jeziora, zwiedziłam po raz kolejny okoliczne wioski, pobiłam swój rekord w ilości przebiegniętych kilometrów, dostałam wyniki z matur, tak, poprawiłam oba przedmioty, wrócili studenci i całkiem nieźle się bawię, a przede wszystkim dostałam się na te konkretne, wymarzone studia.

Nie mam czasu na myślenie. Cieszę się, że jest jak jest.

4 lata

Wybiegłam bez słowa. Trzy połączenia nieodebrane.
Kraków. Boże, jakie to nieprzyjemne było.
Siedem dni ciszy. Jedna wiadomość. Dużo słońca, mało słów i pożegnania.

Niby nic się nie stało i wmawiam sobie, że o tym nie myślę ale łapię się na tym, że gdy tylko trafi się okazja mówię o nim. Dużo mówię. Chyba próbuję przekonać siebie, że tak jest lepiej. Zapełniam czas i swoją głowę na milion różnych sposobów. Otaczam się ludźmi, a gdy już znajdę chwilę dla siebie – zasypiam. Pomaga.
I nie płaczę w dzień. To najważniejsza zasada.

Nie umiem pisać o miłości, ba, nawet nie chcę teraz o niej pisać. To dla mnie za wcześnie. Ale chce, by i ona znalazła kiedyś tu swoje miejsce.

Właściwie, to dlatego tyle mnie tu nie było, bo nie umiałam ubrać dobrze w słowa tego, co myślę (mam dziesięć szkiców tego co chciałam powiedzieć i każdy nadaje się do kosza).
Chyba mi lepiej i zaczynam sobie układać w głowie pewne sprawy.

Czekam aż skończy się czerwiec i skończy się sesja, i wrócą studenty.

Zmiany

Wszystko się zmienia.

Dość drastycznie i daje mi po dupie. Czy na lepsze? Tego nie wiem.

Jestem tym typem człowieka, który lubi zmiany i co najważniejsze – nie boi się ich. Najgorzej jednak, kiedy zostaję wrzucona na głęboką wodę, bo nie potrafię zrobić kolejnej i kolejnej rzeczy wbrew sobie, ani przełamać się i powiedzieć, że wszystko jest okej.
Bo nie jest i w końcu chcę postawić na swoim.

Nie jestem teraz najszczęśliwszą osobą, ale czy byłam nią wcześniej? Częściowo.
Były momenty, że na prawdę, wiedziałam, że jest dobrze, chociaż w głębi duszy czułam, że nadal coś jest nie tak i czegoś mi brakuje.
To chyba nie tak ma wyglądać.

Podsumowując.

Już po wszystkim i mam się dobrze.

Świadomość, że zrobiłam to, co było w mojej mocy jest budująca. Mimo przeszkód, błędów i potknięć jestem z siebie dumna. I owszem, liczy się wynik, ale samo to, że poświęciłam tyle czasu, by chociaż spróbować coś osiągnąć stawia wszystko w innym świetle.

Nie spodziewałam się u siebie takiej determinacji.

Niczego nie żałuję, ba, uważam, że podjęłam dobrą decyzję. Nauczyłam się wielu rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia i przemyślałam kilka istotnych spraw.
To wyszło mi na dobre.

Przede mną kolejny tydzień (wiem, powtarzam się) nowych wrażeń (jutro mam rozmowę o pracę, więc trzymajcie kciuki!) i już nie mogę się doczekać. Dawno nie miałam tyle energii do działania.

Czyste myśli

Trochę mniej stresu, trochę więcej czystych myśli.

Po kilkukilometrowym biegu wszystko wydaje się jaśniejsze. Widzę postępy w tym ile może moje ciało i zaczynam dostrzegać to, co zrobiłam i w dalszym ciągu robię, dla spełnienia marzeń.
To ważne. Mam tendencję do niedoceniania siebie. Zawsze za mało, zawsze można lepiej, bardziej, ponad siły. Cieszę się, że czasem umiem dostrzec to, co już mi się udało.

Przede mną bardzo męczący tydzień.

Dryfowanie

Stres. Bardzo dużo stresu.

To taka chwila niepewności, kiedy wszystko staje pod znakiem zapytania i nie masz pojęcia czego się spodziewać. Dryfowanie między „uda się”, a „się nie uda, kurwa mać”.

Jedni mówią, że ten niepokój i chwiejność sytuacji ich napędza, daje kopa do działania i pozwala chłonąć pozytywną energię, ale dla mnie, momentami po prostu jest za dużo. Umiarkowany, krótkotrwały stres – owszem, regularny i długotrwały – na pewno nie.

I jak tu znaleźć balans?

Wykorzystuję swój czas i możliwości do maksimum. Organizm powoli nie daje rady, ale czego się nie robi, by osiągnąć cel.
Tym razem jest wart zachodu.

 

Pytania bez odpowiedzi.

Mając tyle planów na przyszłość, a ani jednego na dzisiejszy wieczór, czuję się dziwnie.

Wiele niewypowiedzianych słów wisi nade mną. Czy powinnam powiedzieć je na głos? A jeśli ujrzą światło dzienne, czy będę tego żałowała? Czy to coś zmieni i czy nie lepiej po prostu pójść na kompromis?
Jednocześnie wieczne ugody mnie męczą. A podobno sztuką jest umieć dojść do pojednania w bezpieczny i kulturalny sposób nie wzbudzając fali negatywnych uczuć. Jednak, czy wiecznie mogę zgadzać się na rezygnację z części siebie dla większego dobra? Nie jestem taka pewna.

Mamy kwiecień. Połowę kwietnia i kiedyś przyjdzie czas na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy, które dane mi było spędzić „nad książkami”. Zostały mi cztery tygodnie i ani dnia więcej ale nawet nie czuję tego pędzącego czasu. W głębi serca chciałabym już mieć to za sobą, a z drugiej strony przeraża mnie myśl, że trzy godziny nad kartką mogą przekreślić kolejny rok wylewania siódmych potów nad podręcznikiem.

Muszę zluzować.