W życie

Nie chcę zapeszać, a to bardzo możliwe, bo lubię sobie czasem coś w życiu spieprzyć albo skutecznie sobie je utrudnić, ale chyba zaczyna coś tam się układać i być coraz lepiej.

A mi jeszcze nigdy nie wychodziło w życie, no kurde nigdy.

Bo jakoś tak wstawanie rano stało się łatwiejsze i siedzenie do późna, zasypianie, wychodzenie z domu, a kontakty z ludźmi o wiele prostsze.
Szczęśliwe te ostatnie miesiące. Możliwe, że po prostu dopiero teraz, w pełni, oderwałam się od tego, od czego zawsze chciałam uciec i mogę w końcu ze spokojem odetchnąć.

Jestem osobą wymagającą od siebie bardzo dużo. Czasem aż zbyt wiele, ponad swoje siły, ale nie dociera do mnie najczęściej, że w wielu przypadkach, mniej wcale nie znaczy gorzej. A teraz? Jestem zadowolona z tego co mam.

Może coś się zmienia?

Mordor

Cały luty i pół marca.

Bo w lutym to sesja była, a później trochę wolnego. Wróciłam na stare śmieci, by pobyć daleko od książek, chociaż przez chwile. Odpoczęłam i jestem z powrotem.
Trochę pełniejsza nadziei, że jednak tego wszystkiego szlak nie trafi.

Bo nic nie jest pewne. I nigdy nie będzie.

A w marcu. Biegam po prosektorium macając końskie nogi i liczę na to, że nie skończę tych studiów z chorobą psychiczną.
Nie dlatego, że nogi, bo nogi są okej.
Te studia to Mordor.

Swoją drogą, narzekam, bo narzekam, ale jest fajnie, podoba mi się. Nie zamieniłabym tego na nic innego i niech tak pozostanie.

Żyć

Nie wiem od czego zacząć i co by tu ująć, bo tak na prawdę nie powinnam poczuć żadnej różnicy, bo przecież zmiana daty to nijaka granica ale styczeń, no właśnie styczeń, tak na prawdę cztery tygodnie, były dobre, za dobre jak na moje standardy.

I nie wiem  z czego to wynika i od czego zależy. Może od zmiany podejścia do życia, do siebie i swoich priorytetów, a może po prostu od kilku teoretycznie nic nieznaczących decyzji. Kto wie, kto wie.

Owszem, często czuję się źle i ponuro, i czasem spać nie mogę. Może i momentami mam ochotę na spontaniczną śmierć albo po prostu chwilę odpoczynku ale jest mi dobrze mimo tego.

Cofając się rok, może dwa wstecz byłoby dla mnie nie do pomyślenia, że mogę żyć i czerpać z tego radość. Żyć i to jak fajnie żyć.

2016. Nie, dziękuję.

Moje życie jeszcze nigdy nie wyglądało w ten sposób. Zmieniło się wszystko. Dosłownie.

2016.

Było źle i dobrze jednocześnie. Znów przygotowania do matury. Kolejnej, bo w końcu trzeba było zawalczyć o swoje i wybrać odpowiedni, zadowalająco ambitny kierunek studiów. Presja i stres. Tak na prawdę z każdej strony i wiszące nad głową pytanie – co do kurwy chcesz zrobić ze swoim życiem? Pierwsze kilka miesięcy tego wspaniałego roku minęło mi nad książkami. Ćwiczyłam dużo. Codziennie i ciężko. Z jednej strony z nudów, z drugiej strony będąc nieco samotna, ciągnęło mnie do ludzi i tu siłownia okazała się być dobrym, chociaż częściowym rozwiązaniem. Napisałam tę cholerną maturę. Dając z siebie wszystko co mogłam i co wypracowałam. Pojechałam do Krakowa. Usunąć guza. Osoba, którą kochałam, zostawiła mnie bez słowa, z dnia na dzień. Ciężkie to było i bolesne niesamowicie. Guz okazał się być niezłośliwy. Mazury. Przepłakałam całe. Na molo siedziałam godzinami gapiąc się w wodę. Albo biegałam po pustych, polnych ścieżkach, bo nie ma nic lepszego niż chwila sam na sam ze sobą. Poskładałam do kupy siebie i kilka starych przyjaźni. Kraków. To miejsce, które przyciąga. Bieszczady. Piękne to było. Chciałabym wrócić tam w tym samym gronie w kolejne wakacje. Dostałam się na studia. Ten konkretny kierunek, który udało mi się wybrać sama, który wydawał mi się najlepszą opcją. Przeprowadziłam się. Myślałam, że znów kogoś kocham i będzie dobrze. Zraniłam tę osobę i siebie. Przecież nie jest tak łatwo znów coś poczuć. Nauczyłam się wiele o tym, co jest dla mnie ważne, a co niekoniecznie, oraz o tym, na co mogę się zgodzić, a na co zdecydowanie nie. Wyznaczyłam kilka granic i kilka celów. Studiuję. Doszłam do wniosku, że podjęłam właściwą decyzję i czuję się dobrze w tym co robię. Poznałam ludzi, którzy mi odpowiadają i przy których nic nie muszę udawać. Skręciłam kostkę. Między kolejnymi przerwami na papierosa planowałam w myślach spontaniczną śmierć i tak, zdaje sobie sprawę z tego jak strasznie to brzmi. A teraz? Teraz jest lepiej.

W przerwie świątecznej zrobiłam kilka dobrych rzeczy – najadłam się, wyspałam się, spotkałam ludzi, których chciałam spotkać, spędziłam trochę czasu z rodziną, odpoczęłam.

W sylwestra – upiłam się. Napisałam kilka głupich wiadomości na fejsie i smsów. Tańczyłam. Zrobiłam coś, co na pewno zrobiłabym ponownie. Płakałam. Śmiałam się. Fajerwerki trafiły w płot a nie w niebo. Niczego nie żałuję.

Postanowienia? Nie, dziękuję.

Chciałabym być jedynie trochę mniej samotna i trochę mniej popierdolona.

Wciąż świeże

We wrześniu znów serce mi pękło gdy wspomniałam o Tobie.

Bo to we wrześniu było, kiedy pierwsze liście uderzały o chodnik.

Grudzień i pierwszy śnieg. Zimno jak cholera i dłonie zmarznięte, a ja wciąż pamiętam. Jedną ręką paliłeś papierosy, w drugiej trzymałeś moje lodowate palce. Bo jesteś lodówką, mówiłeś mi. I nie było w tym nic nadzwyczajnego, romantycznego czy pięknego. To było proste.

A za prostymi gestami tęskni się najbardziej.

Zimą opowiadałeś najwięcej. Zawsze to zaskakujące było, że to właśnie wtedy potrafiłeś się dla mnie otworzyć. Ileż mi czasu zajęło dotarcie do Ciebie.

Brakuje mi tego, a przecież tyle lat już minęło i nic nie mogę zrobić.

To najgorsze z możliwych uczuć gdy w końcu znajdujesz osobę, która rozumie, nie pyta i jest zawsze przy tobie, bez względu na wszystkie twoje wady i zalety, a ona po prostu odchodzi. Z dnia na dzień i właściwie bez pożegnania.

Wspominałam o nim, bo moim przyjacielem był, niejednokrotnie w tym miejscu i za każdym razem pisząc czuję jakby to wszystko wydarzyło się nie kilka lat temu ale dwa, trzy dni wstecz. Wciąż świeże.

Na lepsze

Zaczynam, po trochu, w pewnych sytuacjach, myśleć, że jestem szczęśliwa.

Zauważam to i podoba mi się to. W 100%.
Czyżbym w końcu pozbyła się wszystkiego, co tak mnie męczyło od kilku lat? Aż nie jestem w stanie w to uwierzyć. Dlatego, że w pewnym momencie swojego życia po prostu zaakceptowałam ten stan rzeczy, żyjąc jakby nic się nie działo i wszystko było okej – przyzwyczaiłam się, najprościej mówiąc. I chcę, ba, bardzo chcę teraz wierzyć, że już wszystko jest tak jak powinno być i że stanęłam na nogi, ale ostrożność bierze górę. Nie chcę sobie samej narobić nadziei na to, co może tylko mi się wydaje.

Idę w dobrą stronę, tego akurat jestem pewna. Bo czuję się dobrze i z dnia na dzień coraz lepiej. Co prawda, śpię mało, jem mało i mało mam czasu ale wykorzystuję go maksymalnie. Mając tyle możliwości szkoda by było zmarnować to wszystko.

Wydaje mnie się, że powoli akceptuję siebie. Może w tym momencie nie jest to zadowalający stopień samoakceptacji ale znacznie wyższy niż kilka miesięcy temu. Jest mi dobrze samej ze sobą, szanuję swój czas, przestrzeń osobistą, poglądy i przede wszystkim siebie. Taką jaką jestem. W moim przypadku to już niezłe osiągnięcie.

Czeka mnie ciężki tydzień. Kolejny, bo ostatni nie należał do najprostszych. Pod względem fizycznym jak i umysłowym wysiłek był ogromny, a już na początku tygodnia byłam tak styrana jak dawno. Dałam radę. Osiągnęłam niezbędne minimum – cel osiągnięty i jestem z siebie nawet nieco dumna. Aby do przodu.

Bo taka szczęśliwa zawsze jesteś.

Jak dziwnie usłyszeć od zupełnie obcych mi ludzi, bo studiuje z nimi tylko miesiąc, że sprawiam wrażenie osoby bardzo szczęśliwej, zawsze uśmiechniętej i takiej pozytywnej.

Czyżbym na prawdę była teraz w miejscu, w którym chcę być?

Studia sprawiają mi przyjemność.
Chodząc do liceum czułam, że idę z obowiązku, że muszę odsiedzieć każdy przedmiot, bo tego ode mnie wymagają. Z przymusu i nie wynosząc nic konkretnego. Robienie czegokolwiek na siłę męczy mnie, dołuje i nie daje satysfakcjonujących efektów.
Teraz, w końcu mogę powiedzieć, że każdego dnia czuję się dobrze, że nie robię niczego, bo muszę, tylko dlatego, że sama chcę.

Tak, zaskoczyli mnie, bo ja siebie nie postrzegam tak, jak oni widzą mnie. Wiem, że czuję się lepiej nie mając odgórnie narzuconych ograniczeń, dostosowując się tylko do tych, które sama mogę sobie wyznaczyć, mieszkając sama, robiąc co chce i kiedy chce, nie przejmując się, w sumie będąc wolna.

Może faktycznie jestem szczęśliwsza?

Nie jest.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

Nie jest. Szczególnie, gdy tak na prawdę nie jesteś w stanie powiedzieć czego chcesz. Gdy rozsądek mówi jedno, a serce drugie i nigdy nic nie wiadomo.

Ja wiem, że pewne rzeczy nie mają prawa się wydarzyć i powinnam po prostu zapomnieć. Wiem to doskonale, a mimo wszystko nie mogę.
Bo ciągle szukam jego cech, jego dotyku i jego, po prostu jego w innej osobie. Męczy mnie to i boli, bo jak mam iść dalej, gdy ciągle czegoś mi brakuje.

Minęło pół roku i wydawało mi się, że stanęłam na nogi. Chwiejnie, bo chwiejnie ale o własnych siłach i dość szybko. Byłam w błędzie.

Czuję, że utrzymuję dystans, nie spieszę się i staram się nie przełamywać swojej bariery. Niczego nie obiecuję, nie robię nic zobowiązującego, żyję swoim życiem i nie chcę nikogo do niego wpuszczać. Bo tęsknię za nim.

Wracając ze swojego rodzinnego miasta czuję ulgę. Lubie to miejsce, to miasto i to mieszkanie. Wszystko tu jest nowe, z czystą kartą i szansą na to, że może jednak będzie mi lepiej.

Trzeci tydzień.

Po pierwszym tygodniu byłam styrana niemiłosiernie. Bo wszystko nowe, ciekawe i stresujące. Dużo emocji i zaangażowania wymagało.
Po trzecim tygodniu jestem nie mniej styrana i nie mniej szczęśliwa niż po pierwszym. Ba, jestem jeszcze bardziej pozytywnie nastawiona do wszystkiego co mnie czeka.
A czeka mnie wiele.

Bo może i spodziewałam się ogromu nauki, i dużej ilości zajęć ale nie spodziewałam się tylu pozytywnych osób, i tego, że na serio mi się to spodoba. Codziennie poznaję kogoś nowego, robię nowe rzeczy, a co najważniejsze, czuję się dobrze.
Przekonuje się, że wybrałam dobrze, bo interesuje mnie to i chcę iść w tym kierunku. Pod tym względem czuję stabilizację – w końcu wiem, co chcę robić w życiu.

Mieszkam sama, w dobrej lokalizacji, na spokojnej ulicy, robię co chcę i co lubię, żyję jak chcę, i nikt nie wchodzi mi na głowę. A brakowało mi tego oddechu, zmian i nowości. Szczególnie po roku spędzonym w domu.

Myślę, że tego właśnie było mi trzeba.

Ten jedyny.

Miałam przyjaciela, następnie najlepszego przyjaciela, a później chłopaka.
I miłość. Jedną z tych pięknych, szalonych i pierwszych prawdziwych.
Tak, zostawił mnie. Tak, po czterech latach udanego związku. Tak, z dnia na dzień. Tak, w najgorszym okresie mojego życia. Tak, bez słowa wyjaśnienia.
Historia jak miliony innych.

Cieszę się, że to zrobił.

Otworzyły mi się oczy i dopiero teraz widzę jak bardzo byłam nieszczęśliwa i jak bardzo podcięte skrzydła miałam. Ustawiałam wszystko pod jedną osobę – swój czas i swoje myślenie. Gdzieś głęboko pod skórą czułam, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam powiedzieć sobie jasno co to takiego jest. Nienawidziłam ograniczeń, a ograniczałam siebie sama. Bo musiałam być najlepsza. Najchudsza, z najlepszym tyłkiem i włosami do tego tyłka, z idealną cerą i paznokciami. Najbardziej interesująca, z masą znajomych i tysiącem świetnych historii z życia. Tylko skąd je wziąć, gdy każdy moment spędzony poza domem czułam się winna, że nie poświęcam tej chwili jemu.
Trochę stłumiona byłam. Przez uważanie na każde słowo i każdy ruch.

I było mi przykro, i było mi źle, bo go kochałam, i mówił, że on mnie też.

To jednak nie był ten jedyny.