Wciąż świeże

We wrześniu znów serce mi pękło gdy wspomniałam o Tobie.

Bo to we wrześniu było, kiedy pierwsze liście uderzały o chodnik.

Grudzień i pierwszy śnieg. Zimno jak cholera i dłonie zmarznięte, a ja wciąż pamiętam. Jedną ręką paliłeś papierosy, w drugiej trzymałeś moje lodowate palce. Bo jesteś lodówką, mówiłeś mi. I nie było w tym nic nadzwyczajnego, romantycznego czy pięknego. To było proste.

A za prostymi gestami tęskni się najbardziej.

Zimą opowiadałeś najwięcej. Zawsze to zaskakujące było, że to właśnie wtedy potrafiłeś się dla mnie otworzyć. Ileż mi czasu zajęło dotarcie do Ciebie.

Brakuje mi tego, a przecież tyle lat już minęło i nic nie mogę zrobić.

To najgorsze z możliwych uczuć gdy w końcu znajdujesz osobę, która rozumie, nie pyta i jest zawsze przy tobie, bez względu na wszystkie twoje wady i zalety, a ona po prostu odchodzi. Z dnia na dzień i właściwie bez pożegnania.

Wspominałam o nim, bo moim przyjacielem był, niejednokrotnie w tym miejscu i za każdym razem pisząc czuję jakby to wszystko wydarzyło się nie kilka lat temu ale dwa, trzy dni wstecz. Wciąż świeże.

Na lepsze

Zaczynam, po trochu, w pewnych sytuacjach, myśleć, że jestem szczęśliwa.

Zauważam to i podoba mi się to. W 100%.
Czyżbym w końcu pozbyła się wszystkiego, co tak mnie męczyło od kilku lat? Aż nie jestem w stanie w to uwierzyć. Dlatego, że w pewnym momencie swojego życia po prostu zaakceptowałam ten stan rzeczy, żyjąc jakby nic się nie działo i wszystko było okej – przyzwyczaiłam się, najprościej mówiąc. I chcę, ba, bardzo chcę teraz wierzyć, że już wszystko jest tak jak powinno być i że stanęłam na nogi, ale ostrożność bierze górę. Nie chcę sobie samej narobić nadziei na to, co może tylko mi się wydaje.

Idę w dobrą stronę, tego akurat jestem pewna. Bo czuję się dobrze i z dnia na dzień coraz lepiej. Co prawda, śpię mało, jem mało i mało mam czasu ale wykorzystuję go maksymalnie. Mając tyle możliwości szkoda by było zmarnować to wszystko.

Wydaje mnie się, że powoli akceptuję siebie. Może w tym momencie nie jest to zadowalający stopień samoakceptacji ale znacznie wyższy niż kilka miesięcy temu. Jest mi dobrze samej ze sobą, szanuję swój czas, przestrzeń osobistą, poglądy i przede wszystkim siebie. Taką jaką jestem. W moim przypadku to już niezłe osiągnięcie.

Czeka mnie ciężki tydzień. Kolejny, bo ostatni nie należał do najprostszych. Pod względem fizycznym jak i umysłowym wysiłek był ogromny, a już na początku tygodnia byłam tak styrana jak dawno. Dałam radę. Osiągnęłam niezbędne minimum – cel osiągnięty i jestem z siebie nawet nieco dumna. Aby do przodu.

Bo taka szczęśliwa zawsze jesteś.

Jak dziwnie usłyszeć od zupełnie obcych mi ludzi, bo studiuje z nimi tylko miesiąc, że sprawiam wrażenie osoby bardzo szczęśliwej, zawsze uśmiechniętej i takiej pozytywnej.

Czyżbym na prawdę była teraz w miejscu, w którym chcę być?

Studia sprawiają mi przyjemność.
Chodząc do liceum czułam, że idę z obowiązku, że muszę odsiedzieć każdy przedmiot, bo tego ode mnie wymagają. Z przymusu i nie wynosząc nic konkretnego. Robienie czegokolwiek na siłę męczy mnie, dołuje i nie daje satysfakcjonujących efektów.
Teraz, w końcu mogę powiedzieć, że każdego dnia czuję się dobrze, że nie robię niczego, bo muszę, tylko dlatego, że sama chcę.

Tak, zaskoczyli mnie, bo ja siebie nie postrzegam tak, jak oni widzą mnie. Wiem, że czuję się lepiej nie mając odgórnie narzuconych ograniczeń, dostosowując się tylko do tych, które sama mogę sobie wyznaczyć, mieszkając sama, robiąc co chce i kiedy chce, nie przejmując się, w sumie będąc wolna.

Może faktycznie jestem szczęśliwsza?

Nie jest.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

Nie jest. Szczególnie, gdy tak na prawdę nie jesteś w stanie powiedzieć czego chcesz. Gdy rozsądek mówi jedno, a serce drugie i nigdy nic nie wiadomo.

Ja wiem, że pewne rzeczy nie mają prawa się wydarzyć i powinnam po prostu zapomnieć. Wiem to doskonale, a mimo wszystko nie mogę.
Bo ciągle szukam jego cech, jego dotyku i jego, po prostu jego w innej osobie. Męczy mnie to i boli, bo jak mam iść dalej, gdy ciągle czegoś mi brakuje.

Minęło pół roku i wydawało mi się, że stanęłam na nogi. Chwiejnie, bo chwiejnie ale o własnych siłach i dość szybko. Byłam w błędzie.

Czuję, że utrzymuję dystans, nie spieszę się i staram się nie przełamywać swojej bariery. Niczego nie obiecuję, nie robię nic zobowiązującego, żyję swoim życiem i nie chcę nikogo do niego wpuszczać. Bo tęsknię za nim.

Wracając ze swojego rodzinnego miasta czuję ulgę. Lubie to miejsce, to miasto i to mieszkanie. Wszystko tu jest nowe, z czystą kartą i szansą na to, że może jednak będzie mi lepiej.

Trzeci tydzień.

Po pierwszym tygodniu byłam styrana niemiłosiernie. Bo wszystko nowe, ciekawe i stresujące. Dużo emocji i zaangażowania wymagało.
Po trzecim tygodniu jestem nie mniej styrana i nie mniej szczęśliwa niż po pierwszym. Ba, jestem jeszcze bardziej pozytywnie nastawiona do wszystkiego co mnie czeka.
A czeka mnie wiele.

Bo może i spodziewałam się ogromu nauki, i dużej ilości zajęć ale nie spodziewałam się tylu pozytywnych osób, i tego, że na serio mi się to spodoba. Codziennie poznaję kogoś nowego, robię nowe rzeczy, a co najważniejsze, czuję się dobrze.
Przekonuje się, że wybrałam dobrze, bo interesuje mnie to i chcę iść w tym kierunku. Pod tym względem czuję stabilizację – w końcu wiem, co chcę robić w życiu.

Mieszkam sama, w dobrej lokalizacji, na spokojnej ulicy, robię co chcę i co lubię, żyję jak chcę, i nikt nie wchodzi mi na głowę. A brakowało mi tego oddechu, zmian i nowości. Szczególnie po roku spędzonym w domu.

Myślę, że tego właśnie było mi trzeba.

Ten jedyny.

Miałam przyjaciela, następnie najlepszego przyjaciela, a później chłopaka.
I miłość. Jedną z tych pięknych, szalonych i pierwszych prawdziwych.
Tak, zostawił mnie. Tak, po czterech latach udanego związku. Tak, z dnia na dzień. Tak, w najgorszym okresie mojego życia. Tak, bez słowa wyjaśnienia.
Historia jak miliony innych.

Cieszę się, że to zrobił.

Otworzyły mi się oczy i dopiero teraz widzę jak bardzo byłam nieszczęśliwa i jak bardzo podcięte skrzydła miałam. Ustawiałam wszystko pod jedną osobę – swój czas i swoje myślenie. Gdzieś głęboko pod skórą czułam, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam powiedzieć sobie jasno co to takiego jest. Nienawidziłam ograniczeń, a ograniczałam siebie sama. Bo musiałam być najlepsza. Najchudsza, z najlepszym tyłkiem i włosami do tego tyłka, z idealną cerą i paznokciami. Najbardziej interesująca, z masą znajomych i tysiącem świetnych historii z życia. Tylko skąd je wziąć, gdy każdy moment spędzony poza domem czułam się winna, że nie poświęcam tej chwili jemu.
Trochę stłumiona byłam. Przez uważanie na każde słowo i każdy ruch.

I było mi przykro, i było mi źle, bo go kochałam, i mówił, że on mnie też.

To jednak nie był ten jedyny.

Restart

Spontaniczny wypad w góry z przyjaciółkami i czuję się świetnie. Taki restart przed początkiem roku akademickiego i trochę świeżego powietrza. Idealnie na ostatnie dni wakacji.

Mgła, wiatr i całe sześć stopni. Koszulka, dwie bluzy, kurtka i rękawiczki. Słońca brak. Ale pięknie było no. Już taki trochę jesienny ten las, cisza i spokój.

W takich momentach czuję, że to jest to i że warto. Ta intensywność to coś, czego zawsze mi brakowało. Żyję i jest mi dobrze. Ekscytująco i inaczej.

Potrzebowałam tego. Oderwać się i nie myśleć o tym, czego jeszcze nie kupiłam do nowego mieszkania i co jeszcze muszę zrobić przed wyjazdem, i co spakować. Na te kilka dni wypadło mi to kompletnie z głowy.

Nie chce nawet myśleć, że to już za tydzień. Ostatni rok i wakacje minęły mi tak szybko, że nawet nie umiem powiedzieć jak to się stało. A jeszcze niedawno siedziałam po uszy w książkach i narzekałam, że jeszcze tak daleko do matury.
Doczekałam się i mam co chciałam. Nawet jestem trochę z siebie dumna.

Odżyłam

Namieszało się i życia swojego nie ogarniam.

Bo dość intensywnie jest. A to pierwszy dzień, gdy mogę ze spokojem położyć się spać, jak cywilizowany człowiek, o jedenastej wieczorem, a nie o czwartej rano. Mam wrażenie, że czas ucieka mi przez palce i każdy dzień jest zupełnie inny od poprzedniego. Ekscytuje mnie to niesamowicie i mogę powiedzieć, że nieźle się bawię, i cieszę się życiem.

Swoją drogą nie wierzę w to, że te słowa padły na tym blogu. No po prostu nie.

Zmieniło się dosłownie wszystko. Odżyłam w stu procentach. 

Cieszę się, że jest jak jest.

Pozmieniało się wiele.

Napisałam maturę, miałam operację, człowiek, którego kochałam zostawił mnie bez słowa, odkopałam starą, ciągle aktualną przyjaźń, pracowałam, zyskałam nowych ludzi, rejestrowałam się na uczelnie, wyjechałam nad mazurskie jeziora, zwiedziłam po raz kolejny okoliczne wioski, pobiłam swój rekord w ilości przebiegniętych kilometrów, dostałam wyniki z matur, tak, poprawiłam oba przedmioty, wrócili studenci i całkiem nieźle się bawię, a przede wszystkim dostałam się na te konkretne, wymarzone studia.

Nie mam czasu na myślenie. Cieszę się, że jest jak jest.

4 lata

Wybiegłam bez słowa. Trzy połączenia nieodebrane.
Kraków. Boże, jakie to nieprzyjemne było.
Siedem dni ciszy. Jedna wiadomość. Dużo słońca, mało słów i pożegnania.

Niby nic się nie stało i wmawiam sobie, że o tym nie myślę ale łapię się na tym, że gdy tylko trafi się okazja mówię o nim. Dużo mówię. Chyba próbuję przekonać siebie, że tak jest lepiej. Zapełniam czas i swoją głowę na milion różnych sposobów. Otaczam się ludźmi, a gdy już znajdę chwilę dla siebie – zasypiam. Pomaga.
I nie płaczę w dzień. To najważniejsza zasada.

Nie umiem pisać o miłości, ba, nawet nie chcę teraz o niej pisać. To dla mnie za wcześnie. Ale chce, by i ona znalazła kiedyś tu swoje miejsce.

Właściwie, to dlatego tyle mnie tu nie było, bo nie umiałam ubrać dobrze w słowa tego, co myślę (mam dziesięć szkiców tego co chciałam powiedzieć i każdy nadaje się do kosza).
Chyba mi lepiej i zaczynam sobie układać w głowie pewne sprawy.

Czekam aż skończy się czerwiec i skończy się sesja, i wrócą studenty.