Cieszę się, że jest jak jest.

Pozmieniało się wiele.

Napisałam maturę, miałam operację, człowiek, którego kochałam zostawił mnie bez słowa, odkopałam starą, ciągle aktualną przyjaźń, pracowałam, zyskałam nowych ludzi, rejestrowałam się na uczelnie, wyjechałam nad mazurskie jeziora, zwiedziłam po raz kolejny okoliczne wioski, pobiłam swój rekord w ilości przebiegniętych kilometrów, dostałam wyniki z matur, tak, poprawiłam oba przedmioty, wrócili studenci i całkiem nieźle się bawię, a przede wszystkim dostałam się na te konkretne, wymarzone studia.

Nie mam czasu na myślenie. Cieszę się, że jest jak jest.

4 lata

Wybiegłam bez słowa. Trzy połączenia nieodebrane.
Kraków. Boże, jakie to nieprzyjemne było.
Siedem dni ciszy. Jedna wiadomość. Dużo słońca, mało słów i pożegnania.

Niby nic się nie stało i wmawiam sobie, że o tym nie myślę ale łapię się na tym, że gdy tylko trafi się okazja mówię o nim. Dużo mówię. Chyba próbuję przekonać siebie, że tak jest lepiej. Zapełniam czas i swoją głowę na milion różnych sposobów. Otaczam się ludźmi, a gdy już znajdę chwilę dla siebie – zasypiam. Pomaga.
I nie płaczę w dzień. To najważniejsza zasada.

Nie umiem pisać o miłości, ba, nawet nie chcę teraz o niej pisać. To dla mnie za wcześnie. Ale chce, by i ona znalazła kiedyś tu swoje miejsce.

Właściwie, to dlatego tyle mnie tu nie było, bo nie umiałam ubrać dobrze w słowa tego, co myślę (mam dziesięć szkiców tego co chciałam powiedzieć i każdy nadaje się do kosza).
Chyba mi lepiej i zaczynam sobie układać w głowie pewne sprawy.

Czekam aż skończy się czerwiec i skończy się sesja, i wrócą studenty.

Zmiany

Wszystko się zmienia.

Dość drastycznie i daje mi po dupie. Czy na lepsze? Tego nie wiem.

Jestem tym typem człowieka, który lubi zmiany i co najważniejsze – nie boi się ich. Najgorzej jednak, kiedy zostaję wrzucona na głęboką wodę, bo nie potrafię zrobić kolejnej i kolejnej rzeczy wbrew sobie, ani przełamać się i powiedzieć, że wszystko jest okej.
Bo nie jest i w końcu chcę postawić na swoim.

Nie jestem teraz najszczęśliwszą osobą, ale czy byłam nią wcześniej? Częściowo.
Były momenty, że na prawdę, wiedziałam, że jest dobrze, chociaż w głębi duszy czułam, że nadal coś jest nie tak i czegoś mi brakuje.
To chyba nie tak ma wyglądać.

Podsumowując.

Już po wszystkim i mam się dobrze.

Świadomość, że zrobiłam to, co było w mojej mocy jest budująca. Mimo przeszkód, błędów i potknięć jestem z siebie dumna. I owszem, liczy się wynik, ale samo to, że poświęciłam tyle czasu, by chociaż spróbować coś osiągnąć stawia wszystko w innym świetle.

Nie spodziewałam się u siebie takiej determinacji.

Niczego nie żałuję, ba, uważam, że podjęłam dobrą decyzję. Nauczyłam się wielu rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia i przemyślałam kilka istotnych spraw.
To wyszło mi na dobre.

Przede mną kolejny tydzień (wiem, powtarzam się) nowych wrażeń (jutro mam rozmowę o pracę, więc trzymajcie kciuki!) i już nie mogę się doczekać. Dawno nie miałam tyle energii do działania.

Czyste myśli

Trochę mniej stresu, trochę więcej czystych myśli.

Po kilkukilometrowym biegu wszystko wydaje się jaśniejsze. Widzę postępy w tym ile może moje ciało i zaczynam dostrzegać to, co zrobiłam i w dalszym ciągu robię, dla spełnienia marzeń.
To ważne. Mam tendencję do niedoceniania siebie. Zawsze za mało, zawsze można lepiej, bardziej, ponad siły. Cieszę się, że czasem umiem dostrzec to, co już mi się udało.

Przede mną bardzo męczący tydzień.

Dryfowanie

Stres. Bardzo dużo stresu.

To taka chwila niepewności, kiedy wszystko staje pod znakiem zapytania i nie masz pojęcia czego się spodziewać. Dryfowanie między „uda się”, a „się nie uda, kurwa mać”.

Jedni mówią, że ten niepokój i chwiejność sytuacji ich napędza, daje kopa do działania i pozwala chłonąć pozytywną energię, ale dla mnie, momentami po prostu jest za dużo. Umiarkowany, krótkotrwały stres – owszem, regularny i długotrwały – na pewno nie.

I jak tu znaleźć balans?

Wykorzystuję swój czas i możliwości do maksimum. Organizm powoli nie daje rady, ale czego się nie robi, by osiągnąć cel.
Tym razem jest wart zachodu.

 

Pytania bez odpowiedzi.

Mając tyle planów na przyszłość, a ani jednego na dzisiejszy wieczór, czuję się dziwnie.

Wiele niewypowiedzianych słów wisi nade mną. Czy powinnam powiedzieć je na głos? A jeśli ujrzą światło dzienne, czy będę tego żałowała? Czy to coś zmieni i czy nie lepiej po prostu pójść na kompromis?
Jednocześnie wieczne ugody mnie męczą. A podobno sztuką jest umieć dojść do pojednania w bezpieczny i kulturalny sposób nie wzbudzając fali negatywnych uczuć. Jednak, czy wiecznie mogę zgadzać się na rezygnację z części siebie dla większego dobra? Nie jestem taka pewna.

Mamy kwiecień. Połowę kwietnia i kiedyś przyjdzie czas na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy, które dane mi było spędzić „nad książkami”. Zostały mi cztery tygodnie i ani dnia więcej ale nawet nie czuję tego pędzącego czasu. W głębi serca chciałabym już mieć to za sobą, a z drugiej strony przeraża mnie myśl, że trzy godziny nad kartką mogą przekreślić kolejny rok wylewania siódmych potów nad podręcznikiem.

Muszę zluzować.

Podsumowując bajzel

No wiec, dobrze, podsumowując cały bajzel, który uformował się w moim życiu:

Potrzebuję wziąć się w garść natychmiast. Im szybciej tym lepiej, bo nie zniosę kolejnego nocnego koszmaru i rzucania się przez sen po łóżku, ani nawet gapienia się w ścianę. Potrzebuję trochę energii i świeżego powiewu. Możliwe, że duszę się w tym mieście.

Chcę uszczęśliwić przede wszystkim siebie. Potrzebuję dać sobie trochę czasu na przemyślenie czego ja chcę, a nie czego chcą ode mnie inni. Nie chodzi o bycie perfekcyjną i jeśli się pomylę – trudno, trzeba umieć sobie wybaczać, bo każdy ma prawo do błędu. Każdy.

Najważniejsze – ile mogę poświęcić? Chciałabym w końcu szczerze, obiektywnie przeanalizować temat i wyznaczyć granice.

Ciągle się uczę.

Miesiąc i sześć dni.

Pisanie sprawia mi trudność. Nie wiem jak ubrać w słowa wszystkie te sprawy o których chciałabym powiedzieć. To dość ciężki okres mojego życia, tak mnie się wydaje.

Czuję presję, z każdej możliwej strony, by podjąć tą jedną, właściwą decyzję, która sprawi, że wszyscy, łącznie ze mną, będą szczęśliwi. Zaspokajanie wszelkich oczekiwań, wraz ze swoimi, to stresująca sprawa.
Wiem, że nie powinnam ale jak to zmienić, gdy codziennie zalewa cię morze nowych uwag, podpowiedzi, w teorii delikatnych, a w praktyce dość nachalnych porad i sugestii.

Łapię się na tym, że myślę o niczym i wbijam wzrok w ścianę, i trochę chce mi się płakać ale jednak się powstrzymuję, bo to przecież takie głupie i nie na miejscu.
Bieganie to rutyna, serial to rutyna, książka to rutyna. Wpadłam w niezdrową rutynę.

Potrzebuję wolności i słońca. Aktualnie nie mam ani jednego, ani drugiego ale pocieszam się kawą i papierosem co, o ironio, jest kolejną niezdrową rutyną. Czas płynie zbyt wolno i dni mi się dłużą. To może nie nuda, a niechęć. Bo nie czuję radości tylko powinność. Że trzeba wstać, powielić ten sam, codzienny schemat i znów zasnąć. Coś wisi w powietrzu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak szybko mnie nie ominie.

Czasem myślę, dlaczego tak się stało i nie mogę znaleźć odpowiedzi.

wtorek – niedziela.

Nie mam nic przeciwko.
1.03.2016

Coś poczuć. Nie tam jakiś wiatr we włosach czy śnieg za koszulą. To oklepane, piękne tylko w tekście, tak na prawdę mało przyjemne i jakoś niechętnie się o tym nawet myśli. Bo mam długie kosmyki, które wiatr plącze w kołtuny, a bryła lodu na plecach to grypa. 3.03.2016

Mogę patrzeć tylko na jasny ekran telefonu.
Jedna, prosta, krótka wiadomość. Tyle zmienia. Drżenie dłoni. Szybsze bicie serca. Tysiące myśli. Zamykam oczy. Skurcz w żołądku. Gdzieś z daleka płynie cichy bełkot, nauczyciel mówi, ale go nie słyszę. Klasa maleje i chcę uciec. Potrzebuje ciszy.
Tyle bólu.
4.03.2016

Tęsknię za słońcem. Szarość mnie przytłacza.
5.03.2016

Jutro jest ważne. Istotne rzeczy. Trema.
6.03.2016